DZIEŃ 6

Ten dzień był najdłuższy, wyjechałem o 9 rano z pokoi gościnnych w mieście i od tego czasu jechałem ostro w górę, przecinając tym samym osiedla a odsłaniając piękne kamienice i dworki. Santa Cruz de Tenerife posiada również jedną linie tramwajową i można z poziomu głównego placu, który jest tuż przy plaży, wyjechać na górne obrzeża miasta.

Ja postanowiłem jechać do TF-21 ( główną drogą na szczyt wulkanu Teide) przez miasto a nie autostradą, dzięki temu lepiej poznałem tą aglomerację. Tuż przy drodze TF-21 jest lotnisko. Cała droga na wulkan jest piękna i co prawda droga jest wypoziomowana ( ok.15% nachylenia ) to jednak jej długość jest mordercza. Na dodatek od połowy trasy nie znajdziemy aż do samego szczytu żadnego sklepu, baru ( aby napić się wody rzecz jasna ).

Tak więc 4 litry wody wiozłem w sakwach, aż woda się skończyła.

Po 7 h miałem wątpliwości czy ten dzień skończy się zdobyciem szczytu, czy też stanie się to jutro. Byłem potężnie wykończony długością trasy ( inaczej jak gdy jechałem na Grand Canaria gdzie podjazdy na moje oko miały 25% nachylenia ).

O 18: 30 spotkałem Taliane z jej matką i chłopakiem z Santa Cruz, rozmawialiśmy z pół godziny w najwyższym punkcie tuż przy ponoć najlepszym i chyba największym planetarium w Europie ( większe jest na wyspie La Palma). Wymieniliśmy się kontaktami.

Szukałem miejsca, aby zjeść i napić się. W pierwszej restauracji 1 km dalej szef kuchni powiedział mi, że obiadu o tej godzinie nie ma! Byłem zdruzgotany.

Na szczęście grupka motocyklistów powiedziała mi o jednym miejscu gdzie zjem spaghetti i będe mógł pić ile chcę, to hotel Parador.

Już wtedy byłem na skraju wyczerpania. Hotel był 10 km dalej przez to , że z planetarium było mocno w dół teraz musiałem znowu jechać do góry. Było po 19:30 powieki opadały mi podczas jazdy, głowa wisiała w dół, patrzyłem tylko czy jadę po swojej stronie drogi. W końcu minąłem kolejkę liniową na Pico del Teide i zobaczyłem hotel Parador. Wszedłem do części restauracyjnej, która wyglądała jak pałac królewski, ja byłem brudny, odwodniony i śmierdzący. Mimo to kelnerzy byli pełni podziwu, że wjechałem na szczyt z Santa Cruz z 23 kg bagażem po 75 km jazdy w górę.

Zamówiłem 2 zimne Coca-Cole w butelkach, spagetti z krewetkami królewskimi, ciasto czekoladowe i wodę Perrier ( innej nie mieli) i herbatę.

Szybko zaczęło robić się ciemno, niemal po ciemku rozbiłem namiot i zasnąłem.

W nocy przebudziłem się, piękne niebo, zobaczyłem spadającą gwiazdę! Pierwszy raz w życiu!

Było zimniej niż myślałem, namiot chronił mnie, ale było potwornie zimno, po przebudzeniu nadal mnie suszyło, byłem odwodniony, wcześniej upał, teraz drżałem z zimna, ale byłem szczęśliwy jak nikt inny na ziemi!

Skały lawowe przy Teide

Ja na szczycie